Długo kazano nam czekać na solidny tytuł w uniwersum Obcego, jednak rezultat okazał się zgoła odmienny. Nie chodzi tu bynajmniej o jakość produktu. Fani pamiętają bowiem długo zapowiadany Aliens: Colonial Marines, garściami czerpiący (przynajmniej po screenach) z filmowego Aliens. Kilkukrotne przesunięcie premiery ostudziło zapały (gra pierwotnie miała wyjść jeszcze na Playstation 2), a tym czasem z dnia na dzień coraz głośniej zaczęto mówić o nowej odsłonie Aliens vs Predator, która niespodziewanie uderzyła na rynek. Mając w pamięci rewelacyjnych dwóch poprzedników wydanych na PC, byłem raczej spokojny o losy tego tytułu. Jak zatem najnowszy AvP radzi sobie na poletku mocno eksploatowanego ostatnio gatunku FPS? Zmasowany atak |
Fabuła kręci się na trzech umiejętnie przeplatanych płaszczyznach. Od razu widać, że twórcom bardzo zależało na wiernym odwzorowaniu zarówno uniwersum Obcych, jak i Predatorów. Mamy tu w dużej części miejscówki żywcem wyjęte z Aliens oraz filmowego Aliens vs Predator. Opuszczona baza kolonialna, ciasne zakamarki, szyby wentylacyjne, zdewastowane laboratoria – to tylko przykłady tego co znajdziemy na planecie BG-386 (skojarzenia z LV426 nie są tu bynajmniej przypadkowe). Jeśli dodamy jeszcze Piramidę w której Predatorzy bawili się w "kotka i myszkę" z Alienami, to wyjdzie nam całkiem zgrabny mix fabularny, za którym fani podążą bez namysłu. Tym bardziej, że każda z trzech odrębnych kampanii (Marines, Obcy i Predator) wyjaśnia rozmaite wątki z kilku perspektyw i przyznaję, że błyskawicznie chce się ułożyć historię w jedną całość.
Graficznie twórcy nie podołali zadaniu znalezienia się w pierwszym szeregu. Atmosfera jest gęsta, namacalnie wyczuwasz strach i bezradność w powietrzu jako Marine, beztrosko bawisz się w łowcę jako Predator – fani będą usatysfakcjonowani wiernym odzwierciedleniem terenów. Odwiedzane miejscówki spowija regularny mrok, znajome zakamarki bazy instynktownie zmuszają do pilnowania spustu, co rusz czai się na nas niebezpieczeństwo i bardzo sugestywnie składowe te serwuje nam oprawa.
Bardzo sprytny zabieg, ale faktycznie nie przeszkadza w graniu nawet po dokładniejszym przyjrzeniu się szczegółom.
Średniej jakości tekstury, które w dużej mierze maskuje wszędobylski mrok, sposób w jaki umierają przeciwnicy, czy mniejsza rozdzielczość może razić w obecnej dobie, jednak gra jest tak mocno nasycona akcją i różnorodnymi motywami, że nie ma czasu na ogarnięcie niedoróbek. Co bardziej wrażliwe oko z kolei zapomni po chwili o niedociągnięciach, także w tej materii panowie z Rebellion wyszli obronną ręką.
Udźwiękowienie w najmniejszym detalu nie zawiera zgrzytów. Zatrudniona do tego celu orkiestra spisała się na medal z jednej strony atakując doznania słuchowe różnorodnością dla poszczególnych kampanii, zaś z drugiej wieloma rewelacyjnie zaaranżowanymi motywami znanymi z filmów. Podobnie wygląda sprawa z efektami dźwiękowymi, czy odgłosem broni. Nieco gorzej wypadają kwestie wygłaszane przez naszych kompanów, od których z czasem bije powtarzalnością. Na szczęście nie jest to natrętny element współpracy i można przymknąć na to ucho pod wpływem bezustannej akcji.
Predator w blasku słońca |
Złośliwi mogą być zdziwieni, że poszczególne kampanie nie wyszły jako osobne DLC, bowiem różnorodność jest tu widoczna już w pierwszych minutach gry. Jako Marines będziemy trząść portkami uważając na każdy centymetr lokacji. Wpływ na to bez wątpienia ma nie tylko gęsty klimat, lecz także solidnie zaprogramowane SI. Obcy potrafią nas zaskoczyć niemal z każdej pozycji: raz wyskoczą nam zza pleców, innym razem z szybu wentylacyjnego, a nawet rozwalą kraty znajdujące się pod nami – jest ostro, zaś złapanie oddechu bywa mocno utrudnione. Marines nie są na szczęście z góry skazani na stracenie: zaczynając od pistoletów, shotguna, Pulse Rifle, Smart Gun czy Flame Thrower, kończąc na flarach rozjaśniających pole bitwy czerwonym blaskiem, na latarce kończąc. Jest różnorodnie, zaś poszczególne zabawki prowadzi się inaczej. Szkoda jednak, że zabrakło zoomu, co w dzisiejszej dobie jest już raczej standardem. Inna sprawa, że brak ten dodatkowo potęguje niepewność, stąd na dłuższą metę ciężko tu narzekać.