Ilu z Was zastanawiało się nad genezą powstania piramid? Skąd wzięły się historie o cywilizacjach pozaziemskich, wampirach, czy innych nie do końca zbadanych zjawiskach paranormalnych? Tego, pomimo wszelkich starań, wciąż nie można być do końca pewnym. Część badaczy przyjęła między innymi stanowisko mówiące o tym, że tak naprawdę omawiane sytuacje są wyłącznie wytworem ludzkiej wyobraźni, podsycanej nierzadko środkami odurzającymi. Ta ostatnia teoria wywołała nawet całkiem niedawno spore kontrowersje, przy okazji zagadki El Dorado. Złote miasta, których wizje przez wiele pokoleń rozciągali najwybitniejsi myśliciele, w dalszym ciągu sprowadzają się do wyimaginowanej krainy tętniącej bezustannie promienistym światłem, mającym zapewnić dostatni żywot każdemu, kto przejdzie przez ich lśniące progi. Nathan Drake w tym miejscu z pewnością polewa do rozpuku. Nic dziwnego, skoro na przykładzie historii przedstawionej w Uncharted, Naughty Dog znów udowodniło, że pozornie banalna historia, może zostać sprzedana w formie nietuzinkowej przygody. Do tego stopnia, by Indiana Jones pochylił przed nimi swój kapelusz, zaś Lara … wystarczy, że wyraźnie stanęła z tyłu ;).
Historia rozpoczyna się w momencie, gdy Nathan Drake, wraz z dziennikarką Eleną Fisher, odnajdują w czeluściach oceanu trumnę, należącą do Sir Francis Drake’a, będącego przodkiem Nathana. Po wydobyciu znaleziska okazuje się, że w środku zamiast ciała znajduje się dziennik Francisa, zawierający wskazówki dotyczące położenia krainy El Dorado, zapewniającej nieograniczone bogactwa. Wkrótce jednak na drodze naszej dwójki stanie banda piratów, pracujących dla innego poszukiwacza skarbów - odwiecznego rywala, Gabriela Romana. Co tak naprawdę kryje się pod nazwą El Dorado? Komu pierwszemu uda się odnaleźć skarb? A może to tylko kolejna historyjka wyssana z palca? Wszystkiego dowiecie się po sesji z Uncharted, jednak już teraz można być pewnym, że będzie to historia nietuzinkowa, a przy tym twardo trzymająca nas w ryzach do samego końca, czego przyczyn upatrywać należy w niemal każdym aspekcie produkcji.
Postaci i związane z tym filmowe przedstawienie akcji, stawia grę w ścisłej czołówce przygodówek obecnej generacji. Nathan - poszukiwacz przygód z odpowiednią dozą humoru, nie mający przy tym skrupułów w kierowaniu się egoistycznymi zapędami, bez wytchnienia ściągający kolejne zastępy przeciwników z celownika; Elena - zaradna dziennikarka, na swój sposób seksowna, a ponadto niejednokrotnie pomagająca Drake’owi wyjść o opresji, czy Victor „Sully” Sullivan - przyjaciel głównego bohatera, poszukiwacz w „złotym wieku” lubiący przy tym narzekać, pić i zaliczać panienki. Z tą trójką zżyjecie się bardzo szybko, co nie przeszkodzi w kierowaniu wyłącznie Nate’em. W dużej mierze przyczynę takiego stanu rzeczy należy upatrywać w filmowej otoczce świata. Postaci często ze sobą rozmawiają w rozmaitych sytuacjach. Odnalezienie ukrytego przejścia bądź świątyni, czy nawet niebezpieczeństwo spowodowane zalewem wrogów nierzadko będzie przerywane przez adekwatne do sytuacji - również ze sporą dawką humoru - dialogi. Element ten sprawia, że tocząca się na ekranie przygoda staje się nam z każdą akcją coraz bliższa, pozwalając na głębsze wczucie w prezentowane wydarzenia. Jeżeli graliście w Kane and Lynch, to spodziewajcie się jeszcze intensywniejszych interakcji zachodzących pomiędzy naszą załogą, które z pewnością nie pozostawią z uczuciem niedosytu.
Choć fabuła w połączeniu z filmową otoczką stanowią o mocnej stronie gry, to jednak na chwilę obecną nie wyobrażam sobie ich funkcjonowania bez systemu rozgrywki, opierającego się w ogromnej mierze na strzelaniu i brnięciu przez kolejne ciała wynajętych oprychów. Oczywiście nie samym strzelaniem żyje Uncharted. Proporcje pomiędzy zwiedzaniem lokacji, pokonywaniem obszarów pokrytych pułapkami, wspinaniem, a rozwałką zostały zachowane. Trzeba jednak w tym miejscu zatrzymać się dłuższą chwilę, gdyż zaimplementowany Cover System - w dużej mierze podobny do obecnego w Gears of War - stanowi integralną część składającą się na olbrzymią grywalność. Doświadczymy zatem sporej interakcji ze środowiskiem. Najmniejszy murek, kamień, czy przypadkowa osłona terenowa ukształtowana przez przyrodę, może uratować nam życie. Będąc blisko zabudowania wystarczy jeden przycisk, aby Nate automatycznie przyparł do muru. Z tego miejsca wystarczy już tylko namierzenie i strzał, na zmianę z unikaniem kul za osłoną. Patent prosty, intuicyjny i niesamowicie rajcowny. Niestety zdarza się, że nasz bohater przylega nie do tej ściany, bądź strony, której oczekujemy, co zwłaszcza w sytuacji podbramkowej doprowadza do szybkiego zgonu - nie
jest to może nagminna sytuacja, ale ojcowie „Crasha” powinni zwrócić na ten element szczególną uwagę w nadchodzącej kontynuacji.
Skoro już nawiązałem do GoWa, to muszę tu wspomnieć o zachowaniu przeciwników, co przekłada się na wymagający, a przy tym odpowiednio stonowany poziom trudności. Piraci - zwłaszcza na poziomie Crushing - zachowują się zdecydowanie bardziej agresywnie niż Locuści na najwyższym. Bezustannie gnębią granatami, potrafią oflankować w najmniej oczekiwanym momencie, zaś ilość egzekwowanych head shotów potrafi wstrzymać oddech niejednemu wymiataczowi - kolejna zaleta odhaczona ;).
Jak przy tym wypadła fizyka postaci? Naughty Dog od czasów pierwszego Crasha bardzo pewnie czuje się w obozie Sony. Nie powinno zatem dziwić maksymalne dopieszczenie. Odbywające się między postaciami rozmowy są przekonująco artykułowane. Gestykulacja, grymasy twarzy, a przede wszystkim sterowanie Nathanem to klasa zerowa, stojąca ponad większością obecnych produkcji. Już bieg potrafi wstrzymać oddech, kiedy zorientujemy się, że nasza szybkość uzależniona jest od ukształtowania terenu oraz nacisku ze strony napotkanych zbirów. Zastrzeżeń nie stwierdzono również w temacie wspinaczki, skoków, czy zachowania w trakcie wymiany ognia - full pro, jak to mawiają na mojej dzielni ;).
Wyśmienita fizyka musiała iść w parze z fenomenalną oprawą AV w przypadku takiego tytułu. Rezultat końcowy zaś przeszedł najśmielsze oczekiwania. Amazońskie tereny, które przyjdzie nam zwiedzić masakrują zarówno ogromną powierzchnią, zróżnicowaniem środowiska, zmiennością warunków pogodowych, jak i klimatem wypływającym z poznawania kolejnych hektarów, skrywających mroczny sekret Francis Drake’a. Bujna roślinność, zapomniane przez cywilizacje budowle, pradawne świątynie, ogromna forteca osłaniana śmiertelnymi pułapkami, niesłychanie elektryzujące, a przy tym czyste morze, niebo tonące w kłębiastych chmurach, czy zło powoli wyczuwalne w powietrzu - każdy ten element olśniewa, nie pozwalając nam wyjść z podziwu jeszcze długo po zakończeniu zabawy. Na dokładkę przez całą grę towarzyszyć nam będą utwory Grega Edmonsona, którego nieskromnie mogę zaliczyć do panteonu najlepszych kompozytorów muzyki do gry przygodowej. Momentami stawałem jak zahipnotyzowany nad brzegiem morza oglądając rozbujane fale na tle czystego nieba w połączeniu z melancholijnie niepokojącą melodią, przerywaną okresowo przez niepokój mew. Takich motywów jest w grze ogromna ilość, a ja mimo tego, że zaliczyłem grę trzykrotnie, to wciąż mam przed oczami obraz niektórych scenerii. W tym aspekcie z pewnością nie jestem odosobniony, co raczej mówi samo za siebie.
Wspomniałem o ilości przejść nie bez kozery, bowiem gra motywuje nas do kilkukrotnego ukończenia. Nie będę zdradzał szczegółów, ale nagrody za przejście gry na odpowiednim poziomie trudności i zdobycie określonych umiejętności wynagrodzą nam nasze trudy z nawiązką. Co najbardziej ucieszy hardcorowców, to wymagania postawione przez grę, wiążące się przy tym ze zdobyciem jak największej liczby trophies. Zabicie odpowiedniej liczby osób określoną spluwą - których ilość wydaje się bez zarzutu - czy też dokonanie mordu w określony sposób X razy pod rząd … tych i podobnych zadań czeka nas w grze kilkadziesiąt, co skutecznie podnosi replayability przygodom Nate’a.
Uncharted: Drake’s Fortune ociera niemal o ideał. Zawiera wszystkie aspekty, które powinna zawierać gra przygodowa. Z łatwością bierze na jednego strzała nowsze Tomb Raidery. Rozmachem i filmowym przedstawieniem akcji jawi się jako bogate rozwinięcie Kane and Lynch’a, a przy tym wykorzystuje Cover System znacznie bardziej intuicyjniej i praktyczniej, wymagając intensywniejszego myślenia niż Gears of War. Mieszanka zaiście piorunująca, a przy tym rażąca każdego przypadkowego miłośnika gatunku. Cząstkowe punkty odjąć należy za sporadyczne niezrozumienie się gracza z Drake’iem w trakcie wykorzystywania Cover Systemu, a także występujące miejscami bugi, na które z czasem i tak przymkniecie oko. Jeśli posiadasz PS3 i jeszcze nie skosztowałeś dzieła ND, a przy tym pragniesz przegapić jedną z najlepszych przygód na „chlebaku”, daruj sobię tą grę. Pozostali i tak wiedzą co należy zrobić - z zaciśniętymi pięściami czekać na Uncharted 2, mając nadzieję, że obok równie genialnego singla, multi zmiecie nas doszczętnie, nie pozostawiając za sobą jakichkolwiek wątpliwości.
bedzie dobrze ;)
Ja bym się specjalnie nie martwił o przyszłość trybu multi w U2. Może i nie jest to fps ale wystarczy spojrzeć na popularność Metal Gear Online. Dodając do tego fakt, że mamy do czynienia z mistrzami ujarzmiania ps3 można spać spokojnie :).
Zmieniony 2009-05-23 18:58:56 przez Krelian.
Zmieniony 2009-05-23 18:58:23 przez Krelian.
10
GamerStation Team
multi
A ja nie jestem pewien, czy chciałbym zobaczyć multi w Uncharted 2... W końcu to nie Killzone 2, gdzie może biegać cała banda Helghastów albo żołnierzy ISA. Tu mamy konkretną, wyrazistą postać. Nathan Drake może być tylko jeden!
3
TW (Tajny Współpracownik)