Na Wii nigdy nie narzekaliśmy na nadmiar gier dla dorosłych a już tym bardziej brakowało nam zawsze porządnych horrorów. Przyznam się więc, że gdy dostałem do swoich łapek amerykańską wersję Calling naprawdę się ucieszyłem. Od dawna byłem bowiem mocno napalony na ten tytuł. Teraz po prawie całym dniu zabawy muszę powiedzieć, że jednak się nieco rozczarowałem. Gra się wprawdzie dosyć przyjemnie, ale masa niedoróbek powoduje, że większość zalet tego bardzo przecież ciekawego tytułu ginie gdzieś w mroku.
Niczym w polskim szpitalu |
Cała fabuła opowiada o czterech osobach, z których każda miała styczność z tajemniczą Czarną Stroną, na której widnieje nie mniej tajemniczy licznik odwiedzin. Jak głoszą plotki, każdy kto na nią wejdzie musi w najbliższym czasie umrzeć. Prawda jest jednak znacznie bardziej skomplikowana i straszna - okazuje się, że owa tajemnicza strona jest swego rodzaju bramą do świata duchów i zmarłych. Cała gra jest utrzymana w konwencji typowego japońskiego horroru i nie wiem, czy spodoba się ludziom nie zaznajomionym z tym gatunkiem. Rozgrywka została podzielona na cztery osobne rozdziały, które są tylko lekko powiązane ze sobą. W każdym z nich sterujemy też zupełnie inna postacią. Pierwszą z nich jest młoda, 21 letnia Rin Kagura, która pewnego dnia po oglądnięciu tajemniczej strony www budzi się sama w ciemnym pokoju. Bardzo szybko okazuje się, że cała zabawa w Calling to w zasadzie prosta przygodówka typu point&click z widokiem z oczu bohatera. Poruszamy się więc po różnych lokacjach (zwykle bardzo ciemnych), szukamy interesujących przedmiotów i oczywiście używamy ich w odpowiednim momencie. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla naszego ukochanego Wiilota? Służy on nam po pierwsze do rozglądania się (poruszamy się już za pomocą nunchuka, popularnie zwanego u nas "gruchą"), a po drugie to właśnie za jego pomocą wskazujemy przedmioty których chcemy użyć.
Czasami aby dostać się do jakiegoś interesującego itemka musimy też na przykład otworzyć zamkniętą szafkę, co odbywa się w bardzo pomysłowy sposób - kierujemy wzrok na drzwi szafy i wciskamy odpowiedni przycisk, po czym przesuwamy szybko ręką do siebie, a nasz bohater otwiera zamknięte drzwiczki. Może to i mały detal, ale cieszy! Niestety to właśnie sterowanie jest główną wadą tej gry i potrafi często zepsuć całą zabawę. Postać porusza się bowiem naprawdę topornie, reaguje na polecenia z wnerwiającym opóźnieniem i cały czas ma się uczucie, że nie idziemy, ale "ślizgamy się po podłodze". Również zaznaczanie i operowanie przedmiotami stawia wiele do życzenia - czasami aby otworzyć wspomnianą wcześniej szafkę musiałem kilka razy powtarzać czynność, bo gra po prostu "nie łapała" czego od niej chcę. Pół biedy, kiedy dzieje się to gdy mamy spokój, gorzej jeśli ktoś nas zaatakuje…
No właśnie. W grze nie możemy narzekać na brak akcji. Często wędrując po lokacjach napotkamy na różne zjawy. Zwykle musimy przed nimi uciekać, albo starać się je jak najszybciej wyminąć. Jeżeli mamy odrobinę szczęścia, to po prostu zmykamy w stronę pierwszego bezpiecznego obszaru zanim zostaniemy zauważeni.
Czasami jednak spóźnimy się i aby uskoczyć przed potworem musimy w odpowiedniej chwili wcisnąć właściwy button. Nawet jeżeli duch nas złapie, zawsze mamy szansę wybrnąć z opresji i wyrwać się z jego uścisku "trzepiąc" na boku naszym WiiMote. Walki jednak tutaj nie ma specjalnie dużo i jest raczej prosta. Cała gra polega raczej głownie na eksploracji i rozwiązywaniu różnych prostych zagadek oraz okazyjnym korzystaniu z telefonu komórkowego i latarki. Ta ostatnia (latarka plus możliwości Wii to jest to!) sprawdza się znakomicie, bowiem większość lokacji jest pogrążonych w ciemności. Natomiast telefon… cóż, to właśnie jego wykorzystywanie miało być główną rewelację tej gierki ale… No właśnie "ale". Wprawdzie to za jego pomocą, odbierając różne rozmowy popychamy do przodu fabułę i dowiadujemy się często jak wykonać jakąś czynność, czy jak rozwiązać trudniejsza zagadkę, ale po prostu twórcy nie wykorzystali możliwości jakie daje to urządzenie. To po prostu tylko kolejny umilający zabawę "bajer".
Jak jednak wygląda samo The Calling? Jak na Wii bardzo fajnie. Gra jest naprawdę niesamowicie klimatyczna. Lokacje są świetnie zaplanowane, mroczne, czasami skąpane w tajemniczym, upiornym świetle... Wszystko sprawia przygnębiające wrażenie; w jednym z wywiadów twórcy mówili, że chcieli stworzyć "smutną" grę. To właśnie chyba to słowo pasuje najlepiej do tego co widzimy w The Calling. Wszystko jest rzeczywiście smutne, przygnębiające - zniszczone ściany, śmieci, podniszczone meble. Niestety wszystko to jest pozbawione szczegółowości - wiele tekstur to po prostu w zasadzie jednobarwne, rozmazane płaszczyzny. Jestem pewien, że gdyby twórcy się przyłożyli to gra mogłaby wyglądać dużo lepiej!
Płuca niezbyt zdrowe |
Na samym już początku zauważyłem, że The Calling gdyby nie masa niedoróbek mogłoby stać się prawdziwym hitem. Niestety, tak właśnie jest. Z jednej strony mamy fajną fabułę, niesamowity klimat, a z drugiej nudne zadania, proste i schematyczne walki z duchami, niedopracowaną grafikę, która sprawa wrażenie robionej w ostatniej chwili i w końcu utrudniające zabawę sterowanie. To wszystko można by pewnie jeszcze przełknąć - najbardziej wkurza tutaj jednak, że zabawa po prostu jest nudna. Wprawdzie na początku klimat naprawdę powala a gra potrafi nieźle wystarczyć, to jednak już po godzinie - dwóch zabawy, okazuje się, że twórcy w kółko stosują te same triki; ile może bowiem straszyć dokładnie tak samo? Zdarzają się wprawdzie czasami ciekawsze momenty, ale ogólnie jest po prostu nudnie. Na koniec jeszcze jedno, co chyba najlepiej świadczy o ogólnym niedorobieniu całego tytułu - czy wiecie, że w tej grze "nowe" rodzaje zjaw różnią się od starych tylko… kolorem? Tak! Po prostu twórcom nie chciało się (albo brakło czasu?) tworzyć nowych modeli, więc zmienili kolor starych, aby "urozmaicić" zabawę. Pięknie…. Mimo wszystko grze przyznaję jednak 7. Za to, że na początku sprawia świetnie wrażenie, a po drugie na tę platformę takich tytułów jest wciąż mało… Ech…