W ubiegłym roku na polskich drogach doszło do ponad 49 tysięcy wypadków drogowych. Mowa tu o typowych, niegroźnych stłuczkach oraz o groźniejszych karambolach, po których samochód nadaje się tylko na złomowisko. Po co o tym wspominam? Chęć poznania tych liczb narasta wraz z ukazywaniem się kolejnych odsłon popularnej gry wyścigowej Burnout. Wbrew pozorom wypadki mogą być przyjemne, jednak gdy nie ma rzeczywistych szkód oraz ofiar śmiertelnych. Taką przyjemną formą spędzania wolnego czasu jest nowy Burnout Paradise, przy którym słowo wypadek nabiera zupełnie nowego znaczenia.
Nie tylko słowo „kolizja” nabiera nowego znaczenia, bowiem seria Burnout odradza się w odmienionej postaci. Na wstępie od razu warto zaznaczyć, że w grze wyeliminowano jakiekolwiek ograniczenia. Tuż po uruchomieniu programu wrzucani jesteśmy do ogromnego, a zarazem przepięknego miasta Pradise City. Warto zauważyć, że panowie z EA słowo bez ograniczeń wzięli do siebie na poważnie, ponieważ każdy zakątek miasta jest od razu dostępny. Można uznać to jako plus gry, jednak zbyt prędko wszystko zaczyna się powtarzać, co w pewien sposób zniechęca do zabawy. Co prawda do pokonania jest ponad 250 mil, jednak już po dwóch godzinach gry miałem wrażenie jak bym urodził się w tym mieście. Nie żebym znał już wszystkie zakątki miasta, ale dostępne w grze wyścigi zbyt często podążają tą samą trasą.
Być może się czepiam, bo tak po prawdzie, to kto przywiązuje wagę do rozmiarów lokacji i takiego drobiazgu, że szybko ja poznajemy i robi się lekko monotonna - podczas gdy mamy do czynienia z Burnoutem!?
Wszystko co wyżej opisałem schodzi na dalszy plan, gdy zaczniemy się ścigać i odkrywać kolejne eventy. Na początku jednak warto zaznaczyć, że otrzymujemy licencję podzieloną na klasy. Tak więc każdy wygrany wyścig, podwyższa nam naszą licencję od klasy D do Super. Ot i to cały cel gry. Wydawać może się to banalnie proste, ale w rzeczywistości takie nie jest. Początkowo pokonujemy kolejne szczebelki dość szybko, ale z czasem wszystko spowalnia, gdyż wyzwania są coraz to bardziej skomplikowane, a dodatkowo pojawia się wiele okazji do ścigania. Nie obawiajcie się jednak, gdyż sama rywalizacja nie należy do wybitnie trudnych, więc każdy spokojnie da sobie radę. Mogę chyba zdradzić, że pierwsze 50% kariery zalicza się kompletnie bez stresu.
Nie zniechęcajcie się krytyką wygłaszaną powyżej. Czy naprawdę wyścigi są tak nudne? Wcale nie, bowiem twórca wprowadził pewną innowację. Mowa o wyścigach Races, gdzie naszym celem jest zdobycie pierwszej pozycji. Rywalizacja nie odbywa się według schematu, gdzie z góry mamy wyznaczoną drogę, tylko gracz sam wybiera ulice, którymi według niego najszybciej dotrze do wyznaczonego celu. Po prostu jest ośmiu przeciwników i meta. Drogę wybieramy samodzielnie. Zwycięstwo powiększa pulę punktów niezbędnych do zdobycia kolejnego szczebla w hierarchii. Prócz tego mamy również klasyczne wyścigi jak - Road Rage, gdzie za cel postawiono nam zniszczenie jak największej ilości wozów przeciwnika. Aby nie było zbyt niesprawiedliwie, dla SI ustalono również tryb Marked Man, gdzie to przeciwnik poluje na nasz samochód. Mamy jeszcze jeden dość ciekawy rodzaj wyścigu - Stunt Run. Ten za zadanie stawia nam zdobycie jak najwyższej liczby punktów za popisy w stylu efektownego skoku, czy tez pokonanie zakrętu driftem.
To, rzecz jasna, jeszcze nie wszystko, co twórca ma nam do zaoferowania. Miasto zostało podzielone na ulice (strefy), a w każdej z nich możemy ustanowić nowy rekord czasowy, albo rozwalić najwięcej wozów. Wspomniane miasto podzielone zostało na ulice, gdzie w każdej możemy ustalić swój własny czas oraz pobić rekord uszkodzonych wozów. Tu przydatny okazuje się tryb Show Time, gdzie w zwolnionym tempie za pomocą dopalaczy, odbijamy swój pojazd, trafiając w nadjeżdżające czterokołowce. Im więcej zniszczonych „cywilnych” pojazdów, tym więcej punktów dla nas. Aby było ciekawiej, nie wszystko dostajemy od razu na talerzu - wspomniane wyścigi, odnajdujemy przy okazji swobodnej jazdy po mieście.
Pora zatrzymać się chwilę nad tematem dostępnych pojazdów, bowiem to czym jeździmy również ma wpływ na dalszą rozgrywkę. Na początku warto znaczyć, że nie ma tutaj mowy o żadnej licencji. Wszystkie samochody choć podobne do swoich pierwowzorów różnią się od nich nazwą oraz logiem producenta. Dla przykładu Audi Q7 zamiast czterech kręgów, posiada tylko trzy. Nie uważam jednak tego za minus gry. W sumie byłby to dobry test na bezpieczeństwo wozów, bowiem wiernie odwzorowane efekty zniszczeń robią wrażenie. O tym jednak później. Samochody zostały podzielone na klasy. Speed przeznaczone do grzania przez miasto na złamanie karku, Stunt tworzone z myślą o skokach itd. oraz ostatnie Aggression, które przeznaczone są do eliminowania przeciwników. Tu wielki plus dla twórców, gdyż do każdego rodzaju wyścigu mamy inne pojazdy. Co prawda można użyć każdego wozu, jednak operowanie kilkoma ułatwia dalszą rozgrywkę.
W Paradise nie ma garażu czy salonu. Mamy za to złomowisko, na które trafia upolowany przez nas pojazd. Tych do odnalezienia jest aż 75. Mamy więc furki podobne
do Audi Q7, Nissan Skyline, Ford Mustang, a nawet furgonetkę przypominającą wehikuł Drużyny „A”. Wybór aut został maksymalnie uproszczony, bo nie pojawia się nawet jakiegokolwiek menu. Inaczej jest jednak z operowaniem pojazdami do każdego rodzaju wyścigów. Po pierwsze nie ma radaru co zmusza nas do zatrzymywania gry i spoglądania na mapę, co kłuci się nieco z dynamiką zabawy. Po drugie, aby zmienić samochód, zmuszeni jesteśmy do wizyty na złomowisku. Nie ma opcji automatycznego przerzucenia do naszego zbioru kolejnych wozów, co w oczywisty sposób zniechęca do zmian.
Jednak warto, bo każdym z wozów jeździ się inaczej. Jedne są wolniejsze, ale za to bardziej stabilne, podczas gdy inne szybciej przyspieszają co w efekcie utrudnia stabilne sterowanie. Ciężko tu wspominać o jakiejkolwiek realistycznej jeździe, ponieważ nie o to twórcom chodziło. Pojazdy prowadzi się super i to jest najważniejsze, bo czerpiemy z tego nie lada frajdę. Do tego przyczynia się również praca kamery, która jest lekko obniżona w stosunku do innych gier wyścigowych. Innowacyjnym rozwiązaniem są efekty związane z pracą samej kamery. Gdy pojazd się trzęsie, kamera również. Nadaje to rozgrywce ogromnego dynamizmu. Wszystko to uzupełnia dopracowany do perfekcji model zniszczeń. W samochodzie niszczy się wszystko - od maski począwszy, przez szyby i lusterka, a na drzwiach kończąc.
Zanim przejdę do opisu trybu multiplayer, warto wspomnieć o samej lokacji. Jak już wspomniałem miasto jest duże, jednak zbyt monotonne. Gdyby nie fakt, że samochody osiągają nierealne prędkości, jazda po mieście byłaby zbyt nudna. Moim zdaniem brakuje także skoczni, zarwanych mostów - wszystkiego co nada się do przedziwnych akrobacji. Dla przykładu podam tryb Stunt Run, który polega na zdobyciu jak największej ilości punktów za skoki, itp. W środku miasta zadanie te jest praktycznie niewykonalne. Być może to było powodem udostępnienia całego terenu od razu, na starcie. Dzięki temu już po kilku godzinach poznajemy każdy zakątek miast, aby wspomniane zadanie nie sprawiało większych problemów. Jest gdzie poskakać i pojeździć, jednak ciągle chcemy więcej. Jeżeli chodzi o wygląd otoczenia, to brakuje słów, aby je opisać. Nie mówię tu o oprawie wizualnej, a o ogromie, przytłaczającej wielkości oraz dbałości o szczegóły. Oprócz przeróżnych budynków i parków - mamy do dyspozycji stadion oraz kopalnie.
Wielką rolę w grze odgrywa oczywiście multiplayer. Sam dostęp do niego jest zadziwiająco prosty. Podczas jazdy wciskamy dwa klawisze i już jeździmy po mieście pełnym prawdziwych kierowców. Najbardziej interesującym elementem okazuje się wspólna jazda z kolegami po mieście. Wtedy zwykłe spychanie się na przeróżne słupy oraz samochody sprawia nie lada przyjemność : ) To jednak nie wszystko, gdyż osoba zakładającą grę może wyznaczyć nam jakiś cel, np.: wyścig od punku „a” do „b”. Prócz tego można zabawić się w tak zwane minigierki, gdzie dla przykładu podam perfekcyjne parkowanie lub pokazowy skok na wyznaczonej przez „hosta” skoczni. Zabawy jest naprawdę sporo, co w połączeniu z samotną grą, daje wiele godzin spędzonych przy tym tytule. Pomimo, że tryb sieciowy zasługuje na uznanie, nie każdemu jest dane w niego pograć. Mowa tu o posiadaczach konsoli Xbox 360, którzy mają tańszą wersję bez dysku. Wtedy podczas łączenia się z serwerem EA wyskakuje błąd o braku dysku. Skandal (!).
Ponieważ o opisywanej produkcji mówi się jako prawdziwie next-genowej, należy przyjrzeć się oprawie technicznej. Jak to zwykle w przypadku gier spod znaku EA bywa, grafika robi wrażenie. Szczegółowe detale pojazdów oraz otoczenia to tylko niektóre z nich. Do tego dochodzi przepiękny efekt słońca odbijającego się na zniszczonej karoserii naszego wozu oraz różne efekty, jak np.: filtr. Mowa tu o zastosowaniu filtru, czegoś na miarę programu telewizyjnego Top Gear, gdzie wyższa część ekranu jest przyciemniona, zaś dolna rozjaśniona. Ciężko to opisywać słowami. Trzeba to po prostu zobaczyć, gdyż efekt jest porażający.
W kwestii oprawy audio jest podobnie. Gry od EA wiodą prym również w kategorii muzyki i efektów dźwiękowych. Kawałki umieszczone w playliście sprawiają wrażenie, jak gdyby były stworzone z myślą o tej samochodówce. Są równie dynamiczne jak gra. Po prostu istne cudo. Podobnie jest z efektami, gdy nasz pojazd ulega zniszczeniu. Huk giętej blachy i tłuczonego szkła to istne arcydzieło. To trzeba usłyszeć!
Podsumowując Burnout Pradise, pomimo kilku całkowicie wybaczalnych błędów, jest świetną grą wyścigową, dającą niesamowitą frajdę z jazdy i przeznaczoną dla zwolenników zręcznościowego modelu jazdy. Z czystym sumieniem można powiedzieć, że producenci tej pozycji pokazują konkurencji, jak powinien wyglądać rasowy next-genowy tytuł.