Zanim przystąpię do recenzji, zacznę od interesującego pytania: w jakim celu są tworzone masowo kontynuacje gier? Nie wiecie? Każdy fan pierwowzoru czeka z niecierpliwością na nowe odsłony swojego ulubionego hitu, ponieważ ma nadzieję, że przyniosą one korzystne zmiany oraz nowe elementy. Wszystko po to, aby gra była jeszcze lepsza i bardziej dopracowana od swojej poprzedniczki, a także dlatego, by seria, którą kochamy, nadążała wraz z upływem czasu ze wszystkimi nowinkami technologicznymi. Spytacie zapewne, po co te przemyślenia? Wzięło mnie na nie zaraz po uruchomieniu Rainbow Six: Vegas 2. To, o czym wspomniałem w pierwszych zdaniach, niestety nie zostało wzięte pod uwagę przy produkcji tej gry.
Zacznijmy jednak od początku. Gracz wciela się w jednego z trzech członków zespołu, który znów wybiera się na wycieczkę do miejsc porozrzucanych po przepięknym, zawładniętym terroryzmem mieście Vegas. Nie chodzi tutaj bynajmniej tylko o pieniądze, a o poważną sprawę, która z początku może zainteresować. Sytuacja jednak ulega zmianie już po kilku minutach obcowania z tytułem. Cały efekt zawdzięczamy zmianom jakie wprowadza „dwójka”, a raczej ich brakiem. Twórca bowiem, czytając opinie na temat „jedynki”, wziął sobie je na tyle do serca, że postanowił zrobić dodatek, a nie drugą odsłonę gry, na którą gracze czekali.
Rainbow Six: Vegas 2 nie jest kolejną częścią, a rozszerzeniem, które wprowadza nowe misje i kilka map dla trybu multiplayer. Tak więc czy warto się tym tytułem interesować? Jak najbardziej, bowiem jest on równie dobry jak jego poprzednik. Tyle tylko, że w przypadku „dwójki” każdy, kto czekał na nowości i zmiany na jeszcze lepsze, głęboko się rozczaruje.
Gra jest świetna, a mówią o tym niektóre z pozytywnych aspektów tej produkcji. Pierwszym z nich jest inteligencja zarówno naszych kompanów z drużyny jak i złoczyńców, których przyjdzie nam wybić. Do naszej dyspozycji oddano prosty interfejs, który pomaga współpracować ze wspomnianą drużyną. Ogranicza on nas do poleceń typu: idź do przodu, za mną lub zostań i pilnuj danego miejsca. Minimum rozbudowania prezentuje nam wejście do zamkniętych pomieszczeń, gdzie tuż przed akcją decydujemy, jaki sposób eliminacji wroga znajdującego się w pokoju zastosujemy. Przykładem może być ciche wejście, w trakcie którego nasi „wbijają” się jako pierwsi i oczyszczają dane lokum. Drugim sposobem jest otwarcie drzwi przy pomocy C4 lub wrzucenie granatu czy flasha przed wejściem drużyny. Kończąc ten temat, zaznaczę, że nie współpracujemy z głupkami, bowiem kompani robią wrażenie na graczu, wykonując sumiennie wskazane polecenia. Czasami wprawdzie zdarzy im się „zawiesić”, gdy za szybko przesuwamy się do przodu, jednak są dość skuteczni, celują precyzyjnie i oddają strzały. Inna sprawa, że niejednokrotnie robią to zdecydowanie za szybko, zaś gdy damy im wolną rękę, potrafią znaleźć się w nieprzewidzianej opresji, która dzieli ich o krok od zarobienia kulki w łeb.
W Rainbow Six: Vegas 2 na pewno nie można narzekać na brak akcji. To jak Szklana Pułapka, gdzie bohater walczy w słusznej sprawie, a raczej o uporządkowanie tych niesłusznych, prowadzonych przez terrorystów. Wychwaliłem inteligencję naszych, która choć świetna, to jednak nie została pozbawiona kilku błędów, które zachowały się z „jedynki”. Przeciwnicy również mają mózgi, co mnie bardzo cieszy. Nie idą jak po sznurku w założonym przez developera tempie. Potwierdza to niejednokrotnie loading, gdzie zauważamy, że ci za każdym razem są inaczej ustawieni. Co prawda występują powtórzenia lokalizacji wrogów, albo miejsca ich pojawienia się, jednak tego jeszcze długo się nie wyeliminuje. Czym więc zachwycają? Przede wszystkim tym, że potrafią zajść od tyłu nie pchając się pod nasz celownik, jak to w większości tego typu produkcjach bywa. Posługują się grantami oraz bardzo często flashem, co nie raz doprowadzi nas do gorączki. Gra jest po prostu wymagająca i już na drugim poziomie trudności musimy pomyśleć nad kolejnym ruchem, oraz posuwać się do przodu z rozwagą. Tego właśnie brakuje serii Call of Duty, która przez swój schematyczny rozwój akcji wiele traci. Nie chciałbym, aby ta zamieniała się w typową taktyczną strzelankę, jednak kilka elementów z RS:V2 by serii wyszło tylko na dobre.
Wspominając o rozwadze miałem na myśli kolejne aspekty, jakie mamy do dyspozycji. Przydatną funkcją w grze jest chowanie się i
wychylanie zza osłon, z czego korzystają również nasi wrogowie. Tym razem jednak i ten aspekt zmodyfikowano względem poprzednika. Nie wszystkie osłony dają radę. Chowanie się na ścianami z desek czy krzewami nie ochroni nas od kul. Podobnie jest z cienkimi filarami, które dają wrogom do myślenia. Są na tyle inteligentni, że wystarczy przesunąć się o dwa metry w lewo lub prawo i już mają naszego bohatera jak na widelcu. Oprócz tego, otoczenie stało się trochę bardziej „żywe”, bowiem twórca pokusił się o dodanie lekkiej modyfikacji środowiska. Nie będe tu wspominał o wybijaniu szyb, czy wybuchach beczek z gazem, bo to żadna innowacja, ale jedną z nich są właśnie wymienione już wcześniej filary, które pod ostrym ogniem po prostu się kruszą i z czasem odsłaniają postać żołnierza. Takich, choć pozytywnych, elementów jest zwyczajnie za mało, jednak jest to świetny wstęp, który mam nadzieję zostanie zauważalnie rozwinięty już w kolejnej odsłonie R6.
Co jeszcze można zaliczyć do nowości? Na pewno najbardziej zauważalną i jedyną sensowną, jest system reputacji zaczerpnięty z Call of Duty 4. Oznacza to, że u dołu ekranu mamy pasek z punktami, które nabiją się w zależności od tego, co w danym momencie robimy i w jaki sposób to czynimy. Przykładem niech będzie położenie wroga, za którego dostaniemy punkty podwyższające naszą rangę. Te zaś dzielą się nie tylko na budujące nam stopień wojaka, ale również wliczają się do tych z doświadczenia. To z kolei zostało podzielone na CQB, Marksman oraz Assault. Pierwsze liczy punkty za zdjęcie wroga z bliska. Drugie zlicza headshooty, zaś ostatni - Assault - odpowiada za na nasze działania granatem oraz strzelanie do gościa stojącego na przykład za działkiem stacjonarnym. Jest po co grać, bowiem za określoną liczbą punktów stoi kolejny poziom doświadczenia odblokowujący nam nowe bronie, kamizelki, etc.
O ile w singlu możemy nabić oba wskaźniki, tak w multi przyda się bardziej ten pierwszy. Gra Call of Duty 4 zapoczątkowała taki system rang, zaś w R6:V2, nieco go rozbudowano. Wszystko zliczane jest z obydwu trybów, co odbija się na randze, która im jest wyższa, tym daje nam należyty szacunek.
Pozostając jeszcze przy gameplay’u dodam, że zgodnie z tradycją serii Rainbow Six, nie mogło zabraknąć misji Terrorist Hunt. Te, to nic innego, jak wykoszenie założonej z góry liczby przeciwników znajdujących się na jakiejś lokacji, którą znamy z potyczek wieloosobowych.
R6: V2 jest świetną grą. Ma jednak swoje wady i o tych najważniejszych już wyżej powiedziałem. Rozczarowałem się faktem, że Vegas 2 to tylko nowe mapy i zadania bez żadnych konkretnych zmian. Tego samego dotyczy oprawa audio-wizulna. Jest pięknie, co mogliśmy obserwować już w jedynce. Nie dostrzeżemy jednak żadnych rewelacji graficznych. To wciąż ta sama oprawa sprzed roku. Podobnie jest z dźwiękiem. Boję się powiedzieć, że nie dodano nowych ścieżek dźwiękowych oraz nie usunięto denerwującego odgłosu upadającego granatu, który jest taki sam w przypadku pozostałych gadżetów. Podeprę się przykładem CoD 4, gdzie to gracz wie, kiedy upadł granat, a kiedy flash. Przed tym pierwszym należy uciekać, zaś w przypadku drugiego, należy tylko schować się za pobliską ścianę w celu odczekania.
Czy warto kupić tą grę? Na pewno, bowiem nadal jest to świetny FPS. Nie spodziewajcie się jednak żadnych rewelacji. Grafika ta sama co w jedynce. To po prostu nowe misje i mapy do potyczek wieloosobowych. Jest jakaś fabuła, która urozmaici rozgrywkę, jednak to nie polepsza sytuacji. Do Vegas 2 przyciąga nadal magnes dobrej strzelaniny oraz największa nowość w grze jaką jest system rang. Nawet, jeżeli wciągniecie się w singleplayer, to nie na długo, bowiem tradycją już chyba jest, żeby dzisiejsze produkcje nie przekraczały więcej jak dziesięciu godzin zabawy. Tutaj jednak nawet tylu nie uświadczymy, jednak zawsze jest jeszcze tryb multiplayer i Terrorist Hunt. Multi wciąga, jednak nie zdołał pobić słynnego już Call of Duty 4. Mimo wszystko grę polecam. Spędzicie przy niej niewiele godzin, jednak na pewno nie będą one zmarnowane. Dajmy szansę developerowi, który miejmy nadzieję następnym razem wykroi dla nas kawał smakowitej zabawy.